Bonus od życia
Rozmawiała: Dagmara Rybicka
Najpierw przychodzi napięcie. Później zmęczenie. W końcu ciche, ale nieustępliwe poczucie, że wszystko się zgadza - tylko nie wewnątrz. Ewa Lelental, bioenergoterapeutka i doradca życiowy, zna ten moment dobrze, bo przez lata pracowała w świecie procedur, telefonów, dyspozycyjności i zawodowej presji. Dziś jest po drugiej stronie: zajmuje się człowiekiem, jego emocjami, energią i tym, czego nie widać w dokumentacji ani na pierwszy rzut oka. O intuicji potrzebnej bioenergoterapeutce, która towarzyszyła jej od dzieciństwa, cenie życia wbrew narzuconym schematom i o spokoju, który okazał się najpełniejszą definicją sukcesu, opowiada bez egzaltacji, za to z wyjątkową wewnętrzną pewnością.
Zajmuje się Pani człowiekiem całościowo. Nie tylko objawami, ale też historią, emocjami, napięciem, z jakim przychodzi. Taka perspektywa bardziej pomaga czy bardziej obciąża?
Pomaga, choć wymaga dużej uważności. W medycynie naturalnej postrzega się człowieka szerzej niż tylko przez to, co boli albo co zostało nazwane w badaniach. Bardzo często za dolegliwością stoi długotrwałe przeciążenie, lęk, nieprzepracowane emocje, trudne doświadczenia. Trzeba umieć to zobaczyć, ale jednocześnie zachować własną równowagę. Ja mam w sobie naturalną zdolność odcinania się po zakończonej sesji. Nie wracam do tych historii w domu, nie analizuję ich bez końca. To konieczne, ponieważ tylko wtedy można pracować uczciwie i skutecznie.

Czyli nie zabiera Pani cudzych historii do domu?
Nie noszę tego w sobie, między innymi dzięki świadomości, że mogę pomóc tylko w określonym zakresie, gdyż nie jest to świat natychmiastowych rozwiązań. Czasem efekt przychodzi szybko, ale najczęściej jest to proces, w którym terapeuta przekazuje energię w celu odblokowania lub wyrównania jej poziomu u pacjenta, przywracając tym samym homeostazę. Gdybym po każdej sesji dalej przeżywała cudze emocje, nie byłabym w stanie funkcjonować.
Co można usłyszeć w człowieku, poza tym, co mówi wprost?
Bardzo wiele. Czasem wystarczy kilka zdań, ton głosu, sposób opowiadania o sobie, żeby od razu poczuć, że prawdziwe źródło trudności leży gdzie indziej, niż wskazuje pierwszy komunikat. Bywa, że ktoś przychodzi z problemem zdrowotnym, a bardzo szybko okazuje się, że sedno sprawy tkwi w jego życiu, emocjach, napięciach, które narastały od dawna. Nie wszystko da się uchwycić rozumowo i nie wszystko da się nazwać od razu. Są rzeczy, które po prostu się wyłapuje.
Od kiedy Pani potrafi je wyłapać?
Już jako dziecko miałam różne odczucia, tylko w ogóle ich tak nie nazywałam. Wydawało mi się naturalne, że coś się czuje wcześniej, że pojawia się sygnał, niepokój, przeczucie. Nie uważałam tego za nic nadzwyczajnego, dopiero później zaczęłam rozumieć, że nie każdy tak odbiera rzeczywistość.
Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani: to nie jest przypadek?
Pewnie dopiero po czasie. Jeszcze w czasie studiów dostałam propozycję od znanego w Trójmieście kręgarza, żeby zrobić kurs masażu i rozpocząć współpracę. Już wtedy zaczęły się pojawiać sytuacje, które dziś odczytuję zupełnie inaczej niż kiedyś. Pacjenci częściej prosili właśnie o mnie, mówili, że mam „coś w rękach”. Wtedy nie do końca wiedziałam, co to znaczy. Dziś widzę, że to były pierwsze bardzo wyraźne sygnały.
Ta droga nie zaczęła się więc od jednej decyzji, tylko dojrzewała?
Tak, zdecydowanie. To nie był nagły zwrot ani jedno olśnienie, a raczej stopniowe odkrywanie tego, co już we mnie było, tylko długo pozostawało nienazwane. Później pojawiły się osoby, które mówiły mi, że mam dar, że mam określone możliwości. Z czasem przyszedł kurs bioenergoterapii, pierwsza praca z rodziną, znajomymi, potem z klientami. To wszystko rozwijało się etapami. Myślę, że ta droga dojrzewała we mnie przez kilkanaście, może nawet dwadzieścia lat.
Z zewnątrz wygląda to jak odważne porzucenie bezpiecznego świata.
Tyle że ten świat wcale nie był dla mnie bezpieczny. Był tylko społecznie uznawany za bezpieczny. Przez lata słyszałam, jak wiele kobiet słyszy do dziś, że najlepsza jest praca biurowa, stabilna, uporządkowana, „porządna”. Tymczasem to bywa bardzo mylące. Jeśli człowiek żyje w rzeczywistości, która jest sprzeczna z jego naturą, wtedy nawet największa pozorna stabilność staje się ciężarem.
Co było dla Pani najtrudniejsze w tamtym świecie?
Przede wszystkim jego energia. Napięcie, presja, dyspozycyjność, atmosfera rywalizacji. Nie miałam poczucia, że jestem w miejscu zgodnym ze sobą, do tego dochodził wyścig szczurów, różne trudne relacje, zachowania, które teraz nazwałabym wprost mobbingiem. Dla osoby wrażliwej koszt emocjonalny jest wysoki.
Wtedy postanowiła Pani odejść?
Powiedziałabym raczej, że życie samo zaczęło mnie z tamtego świata wyprowadzać. Czasem mówię, że los mnie z tych miejsc wyrzucał. Traciłam kolejne prace w sytuacjach, które nie zawsze dało się logicznie uporządkować. Byłam sumienna, dobrze wykonywałam swoje obowiązki, miałam dobre opinie od klientów, a jednak coś się kończyło. W tamtym momencie człowiek jeszcze tego nie rozumie, po prostu szuka kolejnego miejsca i próbuje wrócić do znanego schematu. Dopiero później zobaczyłam, że to nie była seria przypadków, tylko wyraźny kierunek.
Kiedy zrozumiała Pani, że to rzeczywiście jest Pani droga?
Wtedy, kiedy weszłam na nią naprawdę. Bardzo szybko poczułam, że to jest moje. Nie musiałam się do tego zmuszać, przekonywać samej siebie. Przeciwnie - poczułam ulgę. Ja nie jestem osobą, która lubi konkurować z innymi, nie mam natury człowieka, który chce się ścigać i udowadniać swoją wartość w taki sposób. Zaczęłam działać intuicyjnie, po swojemu, bez nieustannej kontroli i właśnie wtedy przyszło coś, czego wcześniej bardzo mi brakowało: spokój.
W pracy opartej na intuicji analiza pomaga czy przeszkadza?
W nadmiarze przeszkadza. Oczywiście świadomość jest potrzebna, ale jeśli człowiek zaczyna wszystko natychmiast rozkładać na czynniki pierwsze, odcina się od tego, co najsubtelniejsze. Są rzeczy, których nie da się wyjaśnić wyłącznie rozumem, co nie znaczy, że są mniej realne. Wprost przeciwnie, w tej pracy trzeba ufać temu, co się czuje.
Najbliżsi od razu zaakceptowali radykalny zwrot akcji?
Najciekawsza była reakcja mojej mamy, osoby bardzo racjonalnej i początkowo sceptycznej wobec takich obszarów. Nie krytykowała mnie, ale trudno jej było od razu uwierzyć, że to może działać. Z czasem zaczęła jednak widzieć efekty, gdy pokazywałam jej wiadomości od klientów, ich wdzięczność, opowieści o zmianach, które zaczynały się pojawiać w ich życiu. Dziś uważa, że ta decyzja była dla mnie bardzo dobra.
Ani przez chwilę nie pomyślała Pani o powrocie?
Nigdy. Kiedy pojawiły się pierwsze efekty i pierwsza wdzięczność ze strony ludzi, wiedziałam już, że nie chciałabym wracać. Sama myśl o tamtym świecie wywoływała we mnie sprzeciw. To nie było miejsce dobre dla mnie - ani emocjonalnie, ani energetycznie. Od zawsze miałam potrzebę pomagania ludziom, a tamten porządek opierał się na zupełnie innych zasadach.
Można więc powiedzieć, że ceną za dzisiejszą wolność było przejście przez życie niezgodne z Pani naturą?
Tak, żeby dojść do miejsca, w którym jestem teraz, musiałam przejść przez doświadczenia bardzo trudne i obciążające. Ten etap był jednak potrzebny, bo dzięki niemu lepiej zrozumiałam siebie. Proces transformacji nie dzieje się bez wysiłku, dotyczy to także rozwoju duchowego. Czasem właśnie trudne doświadczenia zawodowe, rodzinne, osobiste stają się momentem przebudzenia.


Pamięta Pani sytuację, w której intuicja zadziałała z taką siłą, że nie dało się jej zlekceważyć?
Byłam kiedyś u koleżanki i wieczorem miałam wracać do domu. Nagle poczułam bardzo silny, wręcz paraliżujący lęk przed powrotem. Nie umiałam tego logicznie uzasadnić, bo nie był to zwykły niepokój, tylko wyraźna blokada. Poprosiłam więc znajomą, u której mieszkałam, żeby po mnie wyjechała. Następnego dnia powiedziała mi, że w okolicy, dokładnie na odcinku, którego tak się obawiałam, od kilku dni grasował niebezpieczny mężczyzna. Wcześniej nic o tym nie wiedziałam. To był jeden z tych momentów, po których trudno już udawać, że nic się nie czuje.
Z czym ludziom najtrudniej się skonfrontować?
Z tym, że bardzo duża część ich cierpienia bierze się ze sposobu myślenia. Są osoby, które przywykły do zamartwiania się, negatywnego interpretowania rzeczywistości, życia w poczuciu krzywdy. Nawet jeśli to jest bolesne, bywa też oswojone. A to, co oswojone, daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem myśli wpływają na wszystko: na ciało, emocje, relacje, na to, co dzieje się wokół nas. Wiele osób chce się wygadać, wyrzucić z siebie napięcie, ale nie każda chce usłyszeć, że prawdziwa zmiana zaczyna się od niej samej.
Sami potrafimy uruchomić destrukcję?
Bardzo często tak właśnie jest. Oczywiście dziś świadomość rośnie, coraz więcej osób rozumie, jak silnie psychika i wewnętrzny stan oddziałują na życie, i coraz więcej chce nad sobą pracować. Nadal jednak jest też sporo takich, którzy pozostają przy starych mechanizmach, ponieważ są do nich przywiązani, nawet jeśli te nawyki ich ranią.
Wraz z tą przemianą zmienił się również Pani styl?
Nieradykalnie, ponieważ zawsze byłam blisko klasyki, elegancji i kobiecości. Praca biurowa po prostu dawała mi więcej okazji do tego, by nosić taki styl na co dzień. Dziś nadal wybieram podobną estetykę, tylko chyba jeszcze bardziej świadomie. Jeśli coś się zmieniło, to przede wszystkim kolorystyka. Coraz bliżej mi do barw spokojniejszych, subtelnych, naturalnych. Myślę, że to jest w pewnym sensie odbicie mojego życia - większego wyciszenia i większej harmonii.
Ubranie może nieść energię?
Zdecydowanie, przecież kolor ma energię, kształt ma energię, materiał ma energię. To, co nosimy, nigdy nie jest całkiem neutralne. Czasem intuicyjnie sięgamy po określone barwy, bo właśnie takich jakości potrzebujemy - więcej mocy, łagodności czy spokoju. W tym sensie ubiór jest czymś więcej niż estetyką. Stanowi komunikat.
W czym czuje się Pani najbardziej sobą?
W płaszczach, uwielbiałam je zawsze, bo jest w nich coś szlachetnego, a przy tym bardzo prostego. Lubię też sukienki, są kobiece, wygodne i kompletne, dające spójność. Dbam o dodatki - torebki, buty, detale, które dopełniają całość. Dziś wybieram raczej obcasy niewysokie, ale kobiece. Bliska jest mi elegancja, która nie jest przerysowana, tylko naturalna.
Jak dziś definiuje Pani sukces?
Zupełnie inaczej niż kiedyś. Dawniej sukces kojarzył mi się z awansem, pozycją, zewnętrznym potwierdzeniem. Teraz spełnieniem jest dla mnie życie w zgodzie ze sobą, poczucie wolności, satysfakcja z tego, co robi, i wewnętrzna równowaga. Pieniądze oczywiście są ważne, ale nie stoją już w centrum tej definicji. Są raczej konsekwencją dobrze wykonywanej pracy i życia, które ma sens.
Spokój stanowi luksus?
Tak i być może jeden z największych. W świecie, który premiuje tempo, nadmiar i nieustanną aktywność, spokój wewnętrzny stał się czymś naprawdę rzadkim. Dlatego uważam go za jedną z najcenniejszych form sukcesu.
Bycie sobą zawsze się opłaca?
Nie w każdych warunkach. Są przestrzenie, w których szczerość i autentyczność bywają wykorzystywane przeciwko człowiekowi. Sama tego doświadczyłam, nie powiedziałabym więc, że bycie sobą zawsze jest wygodne, raczej że jest konieczne, jeśli chce się żyć w zgodzie z własną energią. Kiedy człowiek nie musi nikogo udawać, zyskuje wewnętrzną integralność, a to daje ogromną siłę.
Jesteśmy najpiękniejsze wtedy, gdy jesteśmy sobą?
Tak, ponieważ piękno nie rodzi się z idealności, tylko z prawdy. Każdy człowiek ma w sobie własne światło, własny rys, własną niepowtarzalność. Nie ma na nie ceny.


