X
popup-image

Garnitur z kolekcji SS20

Natalia Wodyńska-Stosik

NIE POZWÓL ŻEBY STRACH CIĘ ZATRZYMAŁ

Rozmawiał: Jakub Jakubowski

facebook instagram pinterest linkedin

Wracasz czasami myślami do dnia, kiedy dowiedziałaś się o guzie mózgu? Jakie to są myśli?

Nie, nie wracam do tego dnia. To nie były dni i tygodnie, które chciałabym pamiętać. Kiedy ktoś zapyta, przypominam sobie te uczucia, czuję te łzy, które płynęły wtedy po policzkach. Za to pielęgnuję tę chwilę, kiedy obudziłam się na OIOM-ie po operacji i zobaczyłam moich rodziców stojących przy szpitalnym łóżku. I zawsze będę pamiętać to uczucie ulgi, że oddycham, że widzę.

Chorobę zdiagnozowano u ciebie zaraz po urodzeniu córeczki. To musiał być dla ciebie emocjonalny rollercoaster?

Z jednej strony cudowne uczucie macierzyństwa, niewyobrażalne szczęście, gdy tulisz do piersi malutkie dziecko, karmisz je, z drugiej strony świadomość choroby i rozpacz, bunt, niedowierzanie. Objawy miałam już w czasie ciąży. Zaburzenia wzroku, ogromne bóle głowy. Za wszystko winiliśmy hormony, które w czasie ciąży szaleją. Po urodzeniu Marysi kłopoty ze wzrokiem minęły, ale bóle głowy nie ustały. Poszłam na badania. Okazało się, że u podstawy czaszki, przy skrzyżowaniu nerwów wzrokowych mam guza wielkości 3,5 cm.

Jakie były rokowania, gdy usłyszałaś diagnozę? 

Niepewne, ze względu na wielkość i położenie guza. Sam guz okazał się być niezłośliwy, tylko dojście do niego było ryzykowne i nie wiadomo było, czy da się go usunąć w całości. Operacja guzów podstawy czaszki jest młodą dziedziną w medycynie i dwadzieścia parę lat temu mój guz był nieoperacyjny. Moja mama jest laryngologiem, wysłała moje płyty z badaniem wszędzie. Niedawno dowiedziałam się, że jeden z profesorów neurochirurgii z Londynu powiedział „koleżanko, ja bym tego nie ruszał”. Dobrze, że wtedy o tym nie wiedziałam. Operacji nie poddałam się od razu, chciałam jak najdłużej karmić Marysię, lekarze zapewnili mnie, że mogę się trochę wstrzymać z operacją. Wytrzymałam 10 miesięcy.

W tym trudnym okresie zapewne mogłaś liczyć na ogromne wsparcie rodziny…

Rodzina zawsze była w moim życiu najważniejsza. Wyrosłam w takiej z tradycyjnym podejściem do relacji, szacunkiem międzypokoleniowym, dbałością o bliskich na co dzień, a nie tylko od święta. Oboje moi rodzice są lekarzami i wiem, że mieli przed oczami zupełnie inny obraz niż ja. Do dziś podziwiam ich za to, że starali się być tacy dzielni. Mam wielkie szczęście mieć super teściów, więc czułam bliskość i wsparcie na każdym kroku. Moi młodsi bracia też nagle jakby wydorośleli. Codziennie, w drobnych sprawach, byliśmy razem w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o przyjaciołach, znajomych – tak wiele osób dawało mi ciepło i otuchę.

Jak ty sama próbowałaś sobie poradzić z tą trudną sytuacją? 

Ja miałam istną mieszanką nastrojów. Raz dodawałam sobie otuchy, pisałam pozytywne scenariusze, wizualizowałam sobie siebie zdrową przekonując rodzinę, że wszystko będzie dobrze. Innym razem ryczałam ze strachu, nie mogąc się pogodzić z perspektywą komplikacji, czy nawet odejścia. W tym wszystkim przeważał jednak optymizm, pozytywne nastawienie, które nie pozwalało złym scenariuszom zbyt długo pozostawać w mojej głowie. Poza tym, miałam Marysię, więc chłonęłam każdą minutę, sekundę. Czasami było lepiej, ale bywało, że strach mnie paraliżował. Bywały dni, kiedy ja pocieszałam wszystkich wokoło!

Operacja na mózgu jest zawsze bardzo ryzykowna. Zrobiłaś rachunek sumienia, gdy wieźli Cię na salę operacyjną?

Myślę, że nie. Każdy chce żyć, obudzić się. Ale pamiętam jak dzień przed pójściem do szpitala wkładałam cos do szafy i nagle przyszła do mnie taka myśl: „a może powiem Pawłowi, gdzie to chowam”.

Garnitur z kolekcji AW2020

facebook instagram pinterest linkedin

Guz został zoperowany, wycięty, przeżyłaś, wyzdrowiałaś. Ale los wystawił rachunek.

Straciłam węch, straciłam smak. Nie traktuję tego jako zapłatę za dar życia. Bardziej myślę, że mogłam się przecież nie obudzić, stracić wzrok, mieć zaburzenia osobowości. Łapię się oczywiście na tym, że mi żal, że nie czuję jak pachną Ania i Adaś, czyli moje dzieci, które urodziły się już po operacji. Pamiętam tylko zapach Marysi. Miałam jednak taką myśl, która mnie przerażała - a co się stanie, jeśli przestanę kochać Marysię? Naprawdę, bałam się, że będę musiała na nowo wykształcać w sobie te tak zwane uczucia wyższe. Na szczęście, nic takiego nie nastąpiło.

Jak wygląda twoje życie bez węchu i smaku? Te dwa zmysły są przecież ze sobą tak silnie powiązane…

Jak wygląda moje życie, matki trójki dzieci, która nawet nie ma czasu na wąchanie czegokolwiek? (śmiech). Tak naprawdę, czasem się boję, że nie poczuję, kiedy się coś przypala w domu albo w samochodzie. Jest mi łatwiej, kiedy dziewczynki urosły. One i Paweł są moim węchem i smakiem. Moje życie bez węchu i smaku wygląda bardzo kolorowo, mój dom jest ponoć pachnący. Nadal palę świeczki zapachowe i kupuję kwiaty. Okazuje się, że wrażliwość wynikająca z posługiwania się zmysłami nie ginie wraz z ich utratą. Rozkochałam się w kolorach i to dzięki nim smakuję życie!

Czy twoja pamięć przywołuje jeszcze ulubione zapachy i smaki?

O tak. Mam to zapisane, wyryte w mózgu i... sercu. Mam ścieżki węchu zapisane na stałe. Patrzę na stare zdjęcie i staram się przywołać zapach. Często się udaje. Ostatnio kupiłam krem do rąk. Ten sam, który jeszcze przed operacją tak pięknie pachniał miodem. Posmarowałam ręce i w sercu poczułam ten zapach. Wspomnienia tamtych chwil, kiedy po operacji wzięłam ten krem i nagle okazało się, że nie czuję... To samo ze smakiem! Teraz częściej jem oczami. Wyobrażam sobie te smaki. Nadal kiedy jem lody mango, to wracam do czasu, kiedy mieszkałam w Nicei i tam były najlepsze lody mango na świecie. Ich smak czuję do dziś! Makaron z truskawkami to smak dzieciństwa. I ja noszę je w sercu! Przez jakiś czas wypatrywałam powrotu tych zmysłów. Paweł i bracia podsuwali mi pod nos różne zapachy, ostre, gryzące i pytali z nadzieją, czy coś czuję. Po jakimś czasie przestaliśmy to robić. Nie raz nawet wydawało mi się, że czułam, ale dziś wiem, że to pamięć płatała mi figle. Mam jednak wiele zapachów, które uwielbiam i pamiętam. Zapach dziecka.. tylko Marysi, ale znam go doskonale. Zapach czystej bawełny, świeży taki jak pościel.

Jak doświadczenie choroby wpłynęło na Twoje podejście do życia, na twój charakter, osobowość, na twoje wartości i życiowe priorytety?

Oczywiście, takie doświadczenie przestawia cię na inne tory. Stałam się z jednej strony silniejsza, ale i bardziej wrażliwa. Dla mnie najważniejsza jest w życiu rodzina, ale to na pewno jest życiowy priorytet każdej mamy. Co na pewno się zmieniło? Potrafię się cieszyć byciem tu i teraz. Charakter i osobowość raczej się nie zmieniły. Nadal jestem dynamiczną i spontaniczną kobietą, ale na pewno z większym dystansem i świadomością. Priorytety bardzo się wyklarowały. Wiedziałam, że moje drugie życie nie będzie miało takiego znaczenia, jeśli nie rozmnożę dobra, jakie mnie spotkało. Czułam, że ta lekcja od życia miała wskazać drogę do czegoś większego, głębszego. Czułam, że powinnam więcej…

Droga do tego czegoś większego i głębszego wiedzie przez triathlon, który pojawił się w twoim życiu. To w ogóle jest niesamowita historia. W styczniu 2014 roku rodzi się twoja druga córka, a pół roku później, niecałe dwa lata po operacji, stajesz na starcie swojego pierwszego triathlonu. Nie pytano cię, czy przypadkiem nie upadłaś na głowę?

(śmiech) Ile osób, tyle reakcji. Wyobraź sobie mnie 20 kg grubszą z wielkim brzuchem, za chwilę mam urodzić swoją drugą córkę, pierwsza właśnie skończyła dwa latka, a tu podejmuję decyzję o starcie w triathlonie! Dziś sama się sobie dziwię i pukam się w czoło (śmiech). Do triathlonu namówił mnie mąż triathlonista, zatem to wszystko jego sprawka. Paweł od początku we mnie wierzył! Jest moim niedoścignionym wzorem, urodzonym sportowcem i pasjonatem. Czuję jego wsparcie i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Pamiętam zawody triathlonowe, na których czekał na mnie kilkanaście minut w strefie zmian, żebyśmy potem wspólnie mogli pobiec.

Jak wyglądała ewolucja prawniczki, mamy w trimamę? 

Ani praca, ani macierzyństwo nie przysłaniają mi całego świata. Próbuje znaleźć miejsce dla siebie, dla moich marzeń i ambicji. To są dwa światy, których orbity czasem na siebie nachodzą, ale ja potrafię wszystko tak poukładać, aby nie było między nimi kolizji. Ta ewolucja, o której mówisz przychodzi naturalnie, najpierw robisz coś sama, „zarażasz” kogoś innego i ani się obejrzysz i jest nas wielu. Ja po prostu zrobiłam w swoim życiu przestrzeń na to, co ma się wydarzyć, a życie - jak to życie - napisało swój scenariusz. Różowy kolor zdominował mój świat. Wszystko się pięknie zamknęło w cyfrze 3.

Sukienka z kolekcji SS20

facebook instagram pinterest linkedin

Różowy? Cyfra 3?

Ja chyba często widzę świat przez różowe okulary i ten kolor stał się kolorem TriMamy. A dziewczyny dołączające do treningów, które prowadzę, prawie zawsze maja jakiś element stroju w kolorze różowym. Przez te różowe okulary uśmiecham się do świata, a wtedy świat ten uśmiech odwzajemnia. A cyfra 3? Wszystko się po prostu ładnie w trójeczkę wpasowało. Tri jak triathlon, treningi, trójka dzieci, Trójmiasto.

Triathlon to wymagający sport. Miałaś wcześniej jakieś sportowe doświadczenie?

Wtedy na sportowym koncie miałam ledwo przebiegniętą „dychę” parę lat wcześniej w Warszawie, kilka krótszych biegów i dodatkowo pływałam, ale tylko żabką bez zanurzania głowy. Zawsze lubiłam sport, zwolnień z wf-u nie miałam.

Jakie emocje ci towarzyszyły gdy kończyłaś swój pierwszy w życiu triathlon?

To trudno opisać słowami. Chwila, której nie zapomnę do końca życia. Radość wymieszana z dumą, zmęczenie, ulga, że to już po i przede wszystkim poczucie spełnienia i przeświadczenie, że mogę więcej! 

TriMama to nie tylko zawodniczka, ale też blogerka. Jaką rolę pełni twój blog dla ciebie samej i dla innych?

Fanpage powstał po to, żeby być pamiętnikiem, w którym mogłabym opisywać swoje codzienne zmagania, przygotowania do debiutu w triathlonie. Miał być moim motywatorem i takim trochę przyrzeczeniem, że to zrobię. Dzisiaj blog i social media są dla mnie miejscem, gdzie mogę dzielić się tym, co dla mnie ważne i bliskie. To tutaj czasem kompletnie się odsłaniam dzieląc emocjami, to tutaj motywuję i budzę do życia moich obserwatorów i przyjaciół, to tutaj okazuję wdzięczność za wspólne projekty i akcje. To dla mnie taka przestrzeń, która pozwala zarówno oczyścić się i zwierzyć, a innym razem naładować baterie i planować zdobywanie wszechświata. Blog jest moim sercem, moimi myślami - piszę kiedy mogę, zawsze od serca.

Startujesz w zawodach, piszesz bloga, ale też mocno udzielasz się społecznie i aktywizujesz innych do działania. 

Staram się dzielić swoją pasją, inspirować innych. Zaczęło się od pionierskiego projektu „TriMama budzi Gdańsk”. To cykl wspólnych, bezpłatnych treningów marszobiegowych organizowanych w każdą niedzielę w Gdańsku, przy Opływie Motławy. Treningi cieszą się dużą popularnością, jest świetna atmosfera, niesamowita energia. Budzimy ludzi dosłownie i metaforycznie – do życia, do aktywności, do świadomości, do chęci pomocy i trwania wśród innych, wykluczonych, chorych, samotnych. Projekt ten zainspirował mnie do założenia fundacji TriMama, której celem jest wielowarstwowa pomoc, edukacja oraz wspieranie inicjatyw w obszarze aktywizacji ruchowej, życia w rodzinie oraz działalności charytatywnej. Organizujemy m.in. rodzinne pikniki i kiermasze, imprezy sportowe, a także wyjazdy integracyjne. W bieżącym roku celem jest poszerzenie działalności o merytoryczne warsztaty ze specjalistami, spotkania grup wsparcia, a także znacznie szersza niż dotychczas, indywidualna pomoc potrzebującym. Bardzo chciałabym zwiększyć świadomość ludzi na temat anosmii (utrata węchu), pomóc tym którzy na co dzień z tym żyją i wiem, że ciężko im to zaakceptować. Mam w sercu poczucie misji.

Zastanawia mnie jak udaje się tobie połączyć aktywność sportową, prowadzenie bloga z rolą matki, teraz już trójki dzieci i żony?

Nie mam idealnej recepty i czasami nie do końca wszystko wychodzi. Nasze życie codzienne wygląda trochę jak triathlon. Robię coś, potem w strefie zmian Paweł przejmuje dzieci, ja pędzę dalej, następna strefa zmian, następne zadanie. To fakt, że pod koniec dnia, na mecie czasami padam. I świadomość, że następnego dnia zamierzam wstać o 5 rano żeby pójść na basen, albo żeby po prostu zdążyć z tym wszystkim nie jest pocieszająca (śmiech). Nauczyłam się też odpuszczać, nie spinać się. Zawsze powtarzam, że jestem przede wszystkim mamą i ta rola jest moją najważniejszą w życiu!

Dres z kolekcji AW2020

facebook instagram pinterest linkedin

Właściwie ustawione priorytety!

Harmonia, równowaga w życiu rodzinnym jest dla mnie bardzo ważna. To wszystko by się nie udawało, gdyby nie pomoc Dziadków! Doba ma dla mnie tyle samo czasu, co dla innych, ale ja po prostu rezygnuję z „ważnych” spraw na rzecz rodzinnych „obowiązków”. Lubię oglądać z córkami ulubione filmy. Usypianie syna jest ważniejsze, niż poukładanie ciuchów w garderobie. Ciepła rozmowa z mężem zawsze jest na pierwszym miejscu, np. przed telewizją, której i tak nie mam czasu oglądać. Wybieram życie, rodzinę, nasz czas. Sport to moja miłość i dzielę ją z rodziną. Robiąc coś wspólnie, nie robię tego kosztem relacji. To wcale nie jest takie trudne, bo wszystko jest prawdziwe.

Zastanawiasz się czasami, kim byś dzisiaj była i przede wszystkim, gdzie byś dzisiaj była, gdyby nie doświadczenie choroby?

Nie, takie rozważania nie mają sensu. Życie jest takie krótkie, patrzę wprzód, jestem ciekawa jutra. Wspomnienia zostawiam w ciepłych myślach, tam gdzie ich miejsce. Żyję tu i teraz, a na przyszłość czekam otwarta i ciekawa. To doświadczenie na pewno obudziło we mnie wrażliwość i poczucie, że szkoda życia na płacz nad rozlanym mlekiem. Wiem, że świat jest pełen dobrych ludzi, których nigdy nie poznam, ale których obecność czuję na co dzień.

Jak patrzysz w lustro, zastanawiasz się czasami co widzisz, kogo widzisz?

Widzę kobietę, którą znam od 39 lat i bardzo ja lubię.

Opowiedz trochę o sobie. Jaki masz charakter?

Jestem trochę chaotyczna, mogę w ciągu godziny zacząć robić dziesięć różnych rzeczy i nic nie skończyć. Ale ja uwielbiam żyć i chciałabym robić jeszcze więcej i więcej. Jestem życiową optymistką i dla mnie od zawsze szklanka była do połowy pełna! To wyniosłam z domu, poczucie własnej wartości i odwagę do marzeń. Mój tata zawsze mi powtarzał „Do odważnych świat należy”.

Płaszcz z kolekcji AW2020

facebook instagram pinterest linkedin

Jak zareagowałaś, gdy firma Patrizia Aryton zaproponowała ci udział w najnowszej kampanii?

Poczułam entuzjazm, ciekawość i wdzięczność, że znowu poznam nowych, ciekawych ludzi. To jest właśnie cudowny efekt tego, co robię. Stale pojawiają się w moim życiu nowi, ciekawi ludzie. Z dumą przyjęłam propozycję, bo pomysł na kampanię, hasło i idea kampanii są mi bardzo bliskie. Utożsamiłam się z tą akcją, bo bardzo mnie definiuje i wyraża.

Jesteś idealna, kiedy jesteś sobą. To hasło przewodnie kampanii. Oddaje ciebie?

Powtarzam to hasło dość często swoim córkom i mam nadzieję, że to hasło w nich zostanie na zawsze. Na te złe i dobre dni; na momenty zadumy i zwątpienia oraz chwile pełne entuzjazmu i radości. Takie to pełne i głębokie. Można nim pocieszyć i dodać otuchy, a innym razem wykrzyknąć w radości i z dumą. Proste, prawdziwe, bo oparte na miłości i akceptacji do samej siebie. Bycie sobą zdejmuje maskę z naszej twarzy. Żadne przebranie nie pomoże, jeśli źle się będziemy czuć we własnej skórze. Bycie sobą oznacza, że nie musimy odgrywać żadnych ról, ani przed sobą, ani przed innymi.

Twoje motto to: nie pozwól żeby strach cię zatrzymał. Szkoda czasu. Szkoda życia. Czy dzisiaj jeszcze czasami odczuwasz strach?

Mózg człowieka, który stara się myśleć pozytywnie nie przesuwa się i nie robi miejsca dla strachów, lęków. Oczywiście, pewnie w życiu nie skoczę na bungee, ale nie czuję też takiej potrzeby. Nie muszę sobie niczego udowadniać. Nie muszę się z nikim porównywać. Nie chcę być taka, jak ona. Chcę być taka, jaka jestem. Dziś, jako mama drżę już bardziej o dzieci, niż o siebie. Ja dostałam drugie życie, drugą szansę. Nie tracę czasu na obawy, nawet jak przychodzą, to szybko mijają.

I na koniec zapytam o twoje marzenia i plany.

Chciałabym, żeby ten świat, który znam, taki został, żebyśmy mogli go pokazywać naszym dzieciom. Chciałabym, żeby Fundacja TriMama budziła coraz więcej serc i pomagała więcej i więcej! Sportowe wyzwanie? ½ Ironmana na 40 urodziny. Marzę, żeby było tak, jak jest. I zdrowie, bo bez niego nie ma nic. Mam jeszcze jedno marzenie, głęboko skrywane. Chciałabym móc poczuć, jak pachnie główka mojej pierwszej wnuczki albo wnuka.

Sukienka z kolekcji AW2020

Natalia Wodyńska-Stosik

Prawniczka, propagatorka zdrowego stylu życia, triathlonistka amatorka. Mieszka w Gdańsku. Założycielka fundacji TriMama. Ma dwie córki i syna oraz męża Pawła, również triathlonistę. Autorka bloga, wokół których skupiona jest wyjątkowa społeczność. W swoim pierwszym triathlonie wzięła udział 6 miesięcy po urodzeniu drugiej córki. A jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej wygrała z chorobą - trzy tygodnie po pierwszym porodzie lekarze wykryli u niej guza mózgu.

facebook instagram pinterest linkedin