X
popup-image

Ryszard i Danuta Cieroccy
Pragmatyk i wizjonerka

On pragmatyk i doskonały organizator. Ona wizjonerka. Szukając nowych możliwości biznesowych poszli za głosem serca i postanowili, że wprowadzą na polskie ulice kolor, styl i klasę. I tak się faktycznie stało. Ryszard i Danuta Cieroccy, założyciele firmy Patrizia Aryton, opowiadają o pięknej historii rozwoju swojej firmy, w której nie brakowało kryzysów, ale – jak sami mówią – w tych kryzysach podejmowali najlepsze decyzje biznesowe.

30 lat minęło jak jeden dzień… chciałoby się powiedzieć. Opadły już emocje po ubiegłorocznym jubileuszu?

Danuta Cierocka: Emocje nie opadły, ale mam wrażenie, że od 30 lat jesteśmy tak emocjonalnie związani z firmą, że nawet teraz, gdy firmą kieruje nasza córka Patrycja, cały czas żyjemy tym, co się dzieje.

Ryszard Cierocki: To fakt, z tym że teraz mamy trochę więcej czasu dla siebie.

Chciałoby się powiedzieć: w końcu!

RC: Budowanie firmy, kreowanie marki w tak dynamicznie przeobrażającej się rzeczywistości gospodarczej i w tak podatnej na zmiany branży jak moda, to praca 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Mogę wręcz powiedzieć, że to była mordęga. Nie narzekaliśmy jednak, bo to był nasz wybór. Przemyślany i świadomy.

DC: Teraz mamy większy spokój, nie ma gonitwy, nerwów, jest za to luksus posiadania czasu dla siebie. Podróżujemy, chłoniemy świat, cieszymy się sobą. Wypoczywamy świadomie, nie dyskutujemy o firmie, o problemach, nie wykonujemy nerwowych telefonów do firmy, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Tak samo mamy w domu – tu nie ma spraw firmowych.

RC: Kiedyś było inaczej. Wakacje, ale i tak większość czasu zamiast na odpoczynek poświęcaliśmy na firmę. Na szczęście ten etap życia już za nami. Na miejscu są Patrycja i Sylwia, jesteśmy spokojni i możemy cieszyć się życiem.

Rok 2019 to 30-lecie Waszej firmy. Piękny jubileusz i piękna kampania „Jesteś idealna, kiedy jesteś sobą”. Kilka miesięcy po starcie kampanii obudziliśmy się jednak w zupełnie nowej, covidowej rzeczywistości. Jak sobie w niej radzicie?

RC: Na pewno nie jest to dobry czas dla takiej firmy jak nasza. Pandemia zaburzyła nasze status quo, wkradła się niepewność, zamknięto centra handlowe, a produkcja była przecież w toku. Paradoksalnie jednak, kryzys związany z pandemią koronawirusa nas wzmocnił.

DC: Bardzo dużo dzisiaj mówi się o wszelkich kryzysach, o problemach wielu firm, a wiele z nich znika z rynku. Często taki niespodziewany kryzys jest wręcz dobrym pretekstem do zamknięcia firmy, bo odpowiedzialność można zrzucić na czynnik zewnętrzny. My jednak nigdy się nie poddajemy. Na czele firmy stoją cztery silne i różne osobowości, mamy w genach kreatywność, a to wpływa pozytywnie na umiejętność rozwiązywania problemów.

RC: Kryzysy i wychodzenie z nich są wpisane w naszą historię, ale nas wcale nie trzeba specjalnie motywować do walki o firmę. Firma to ludzie, którzy pracują na jej sukces, wielu z nich jest z nami od samego początku, wielu z nich przeżyło z nami różne kryzysy. Jesteśmy jak jedna duża rodzina. Ich los jest dla nas tak samo ważny, jak nasz. Gdy wybuchła pandemia, spotkaliśmy się z ludźmi i jasno zakomunikowaliśmy, że się nie damy, że walczymy o firmę i że liczymy na nasz zespół. Jednocześnie prowadziliśmy twarde negocjacje z centrami handlowymi. Kiedyś chcieliśmy mieć jak najwięcej sklepów, teraz nie jest to aż tak istotne, na pewno nie za wszelką cenę.

Jak pracownicy podeszli do tej sytuacji?

RC: Z pewną obawą o przyszłość, ale z zaufaniem do naszych działań. Ruchy kadrowe były niewielkie. W niektórych sklepach musieliśmy dokonać niedużych korekt wśród personelu, ale na przykład w szwalni sukcesywnie zwiększamy zatrudnienie, w tej chwili jesteśmy w stanie przyjąć jeszcze kilkanaście osób. Szyjemy tutaj na miejscu w Chmielnie, ale też w Bydgoszczy, w Pile, koło Rzeszowa. Jeżeli nie nastąpi jakaś spektakularna apokalipsa, to jesteśmy spokojni o przyszłość firmy.

DC: Trzeba tutaj też podkreślić ogromną rolę i zasługi naszego zespołu. To nie są tylko pracownicy, to prawdziwy zespół ludzi oddanych firmie, na każdym szczeblu i w każdym dziale. Kreatywni, zmobilizowani, zaangażowani. Dla nich szklanka jest zawsze do połowy pełna. Wiedząc o tym, że za firmą stoją tacy ludzie, można naprawdę góry przenosić.

Mówiliście Państwo o kryzysach, które w ciągu 30 lat przeżyła firma. Dużo ich było?

DC: Można powiedzieć, że nasza historia zaczęła się w kryzysie i od kryzysu. Zaczynaliśmy w roku 1989, w okresie zmian społeczno-politycznych od produkcji na zlecenie włoskich firm. Tu na Kaszubach nie było tradycji przemysłu tekstylnego, nie było wykwalifikowanej kadry, krawcowych, projektantów, konstruktorów. Sami z mężem wszystko organizowaliśmy. Gdy się dowiedzieliśmy, że gdzieś w jakiejś wiosce czy okolicznym miasteczku mieszka krawcowa, to jeździliśmy po domach i proponowaliśmy pracę. Zorganizowaliśmy produkcję, ale potem długo nie było zbytu. Początek firmy i permanentny kryzys.

RC: Gdy udało się rozwinąć skrzydła i pięknie się rozwijaliśmy, do Polski zaczęły wchodzić sieciówki. Tania, masowa produkcja. Ludzie zachłysnęli się zagranicznymi markami do tego stopnia, że w świadomości mieli zakodowane, że jeśli coś jest zagraniczne, to lepsze. Kolejny kryzys zbiegł się w czasie z wysypem wielkich centrów handlowych, które zmieniły zwyczaje konsumenckie Polaków. Dla nas działo się to zbyt szybko. Nie potrafiliśmy się w tej rzeczywistości odnaleźć, podejmowaliśmy złe decyzje. Do firmy rodzinnej wpuściliśmy zewnętrznych managerów, ale to nie zdało egzaminu. Efektów nie było, a koszty ponieśliśmy ogromne.

Rozwiązanie problemu znaleźliście w Londynie.

DC: W zasadzie to w domu, w rodzinie. Nasza córka Patrycja studiowała wtedy projektowanie ubioru w Londynie. Byliśmy świadomi naszych problemów i wiedzieliśmy, że sami nie jesteśmy już w stanie sobie z nimi poradzić. Potrzebne było świeże spojrzenie. Patrycja od dziecka żyła firmą, sama chciała zdobywać doświadczenie niemal w każdym dziale, zawsze było jej pełno, wszystkim się interesowała. Proces produkcji znała od A do Z już jako dziecko. Miała 12 lat, gdy pokazała mi swoje projekty pięknych sukienek. Zaimponowało mi to, już wtedy miała wyczucie stylu. Poszłam do konstruktorów z tymi projektami, zrobiliśmy je i one w ciągu kilku dni się sprzedały. Gdy zadzwoniliśmy do niej i powiedzieliśmy, że rozstajemy się z menagerami zewnętrznymi i że potrzebujemy jej pomocy, przerwała studia i przyjechała do Polski.

RC: To był rok 2009, mieliśmy wtedy z żoną 20 lat pracy w firmie. Rzeczywistość zaczęła nas przerastać, do tego byliśmy już zmęczeni. 20 lat ciągle w samochodzie, w samolocie, w biurze. Daliśmy Patrycji carte blanche, bo wiedzieliśmy, że jest do tej roli wszechstronnie przygotowana. Studia w Londynie, skończyła też projektowanie ubioru w Krakowie oraz ekonomię, jest też absolwentką studiów podyplomowych z zarządzania marką luksusową według programu realizowanego przez Akademię Leona Koźmińskiego we współpracy z florencką Polimodą.

DC: Przez te 30 lat mieliśmy wielu projektantów, w tym takie nazwiska jak Ossoliński, Tomaszewski, Michalak, Foder – dzisiaj to czołowi projektanci, ale my zawsze uważaliśmy, że projektant powinien być u nas w rodzinie. I tak się stało. Patrycja ma bardzo racjonalne spojrzenie na firmę i strategię rozwoju. Ona nie balansuje na krawędzi, choć podejmuje odważne decyzje. Z Sylwią, naszą drugą córką, świetnie się uzupełniają.

Początki nie były jednak łatwe. Patrycja sama powiedziała mi, że pierwsze dwa lata z kawałkiem to było jak stąpanie po polu minowym, a ilość błędów jakie popełniła skończyła się niemal upadkiem firmy.

RC: Nie było aż tak źle, Patrycja jest trochę zbyt surowa w ocenie swoich działań, ale faktycznie początki były trudne. Wyszliśmy jednak z założenia, że nie po to poprosiliśmy ją o pomoc, by dawać jej złote rady. Z pełną świadomością pozwoliliśmy jej na popełnianie tych błędów, mierzenie się z ich skutkami, bo to jest najlepsza nauka prowadzenia biznesu. Uważaliśmy, że tak źle, jak w erze managerów zewnętrznych być nie może. Daliśmy sobie czas, byliśmy cierpliwi, a Patrycja szybko się uczyła i przede wszystkim wyciągała wnioski z błędów.

DC: Patrycja unowocześniła firmę, zmieniła wizerunek marki, wprowadziła innowacje w procesie produkcyjnym. Stała się liderką z prawdziwego zdarzenia. Czuję olbrzymią dumę, gdy patrzę na to, jak się rozwinęła i jak wiele serca wkłada w rozwój firmy. Przypomina mi mnie samą. Najbardziej się cieszę z faktu, że firma, którą stworzyliśmy zostanie w rodzinie. Nasza sukcesja dokonała się w sposób ewolucyjny. Wiele firm rodzinnych upada lub przechodzi w obce ręce, bo nie ma sukcesorów. Dla nas to duża ulga, że obie nasze córki są w firmie.

No właśnie, mówimy o Patrycji, a kluczową rolę w firmie pełni też starsza córka, Sylwia.

DC: Sylwia pełni funkcję dyrektora ds. rozwoju i inwestycji. Świetnie się z Patrycją uzupełniają. Sylwia doskonale rozumie specyfikę naszej firmy, zna nasze klientki, wie jak się z nimi komunikować. To Sylwii zawdzięczamy wyjście na świat. Gdy zaczynaliśmy naszą przygodę z modą, to ona dbała o to, by było o nas głośno, organizowała tu w Chmielnie duże pokazy dla mediów. W czasie, gdy nie było Internetu, nikt nie miał pojęcia o marketingu, ona wzięła to na siebie.

Skoro jesteśmy przy Waszych początkach, to skąd w ogóle pomysł, by na Kaszubach założyć firmę odzieżową?

RC: Zmieniał się ustrój, pojawiły się nowe możliwości i po prostu postanowiliśmy z tych możliwości skorzystać. Oboje wcześniej pracowaliśmy w administracji samorządowej. Szukaliśmy jakiegoś pomysłu na biznes, rozważaliśmy najróżniejsze opcje. Ostatecznie, zadecydowała intuicja. Żona zawsze pięknie się ubierała, nawet w tej szarej rzeczywistości PRL-u, wyróżniała się stylem. Zawsze mi się w niej podobało to, że potrafiła się gustownie ubrać, miała duże wyczucie stylu.

DC: Któregoś dnia mąż rzucił od niechcenia, że powinnam ubierać Polki. Po chwili już zaczęliśmy o tym rozmawiać, pojawiały się pomysły, wizje pierwszych projektów, a najbardziej pociągało nas to, że wydawało nam się, że to będzie bardzo przyjemna praca. Początki nie były łatwe. Mieliśmy jednak dużą wiarę w sukces, determinację, inwestowaliśmy w ludzi i do ludzi mieliśmy też szczęście. Sami dużo podróżowaliśmy służbowo, zwłaszcza do Włoch, do Prato, które jest największym centrum tekstylnym w Europie. Fabryki duże i małe, manufaktury, w których na własne oczy oglądaliśmy krawiectwo, o jakim nam się nie śniło i tkaniny, których dotknięcie przenosiło nas w zupełnie inny świat i pobudzało wszystkie zmysły.

RC: Żona wspomniała, że mieliśmy szczęście do ludzi. We Włoszech poznaliśmy Roberto Badianiego. To człowiek znany w branży modowej, projektant, wykładowca florenckiej Polimody. On dostarczał nam tkaniny. Nawiązała się między nami wyjątkowa relacja. Byliśmy dla niego ludźmi trochę z innego świata, ale zobaczył, że chcemy ten świat uczynić piękniejszym. I przede wszystkim nam zaufał, ludziom z drugiego końca Europy, z kraju, który jeszcze do niedawna był za żelazną kurtyną. Nigdy nie zapomnę, jak zamówiliśmy u Roberto kilkadziesiąt tysięcy metrów najlepszych tkanin. Nawet się nie zdziwił, tylko pogratulował zamówienia i bez żadnego wahania dał nam trzymiesięczny termin płatności. Dla nas to był wtedy ogromny szok i dowód na to, że to co robimy ma sens. Dziś Roberto jest przyjacielem naszej rodziny, często się wzajemnie odwiedzamy i pielęgnujemy tę relację.

Kiedy nastąpił przełom po tych początkowych trudnych latach?

DC: W 1991 r. w Polsce upadały wielkie firmy odzieżowe, a my dostrzegliśmy w tym szansę. Sporo już umieliśmy, wstrzeliliśmy się w moment i zaczęliśmy szyć pod własną marką. Przełom nastąpił w roku 1992, kiedy to pojechaliśmy na Międzynarodowe Targi Poznańskie z kolekcją płaszczy. To były oryginalne projekty w całej palecie wyrazistych barw, ale przede wszystkim uszyte z bardzo szlachetnych tkanin, takich jak kaszmir, najlepsze alpaki, wełny wysokiej jakości. W Polsce do tej pory nikt takich tkanin nie używał. To był strzał w 10, zdominowaliśmy te targi, non stop pokazywali nas w telewizji. Mieliśmy darmową reklamę i zaczęło się szaleństwo. Zamówienia spływały lawinowo, zaopatrywaliśmy w płaszcze salony Mody Polskiej w całym kraju, niedługo potem mieliśmy już 180 odbiorców w całej Polsce.

RC: Mieliśmy pomysł na produkt, który zrewolucjonizował rynek. Płaszcz to zawsze był symbol luksusu, a model Evercoat, który wtedy najmocniej podbił serca klientek, produkowany jest do dzisiaj. To nasza wizytówka, nasz genotyp, a w połączeniu ze szlachetnymi tkaninami, których też nikt inny nie miał, zagwarantowało to nam bardzo dynamiczny rozwój. Nagle na rynku pojawił się niewielki przedsiębiorca z Chmielna na Kaszubach i stanął w szranki z potentatami rynku, takimi jak Moda Polska, czy Telimena. Dziś tych potentatów już nie ma, my przetrwaliśmy, mimo kryzysów. Może nie jesteśmy tak wielcy i silni jak LPP, ale jesteśmy w stu procentach firmą rodzinną i jeśli mamy gorszy rok, to nikt nie myśli o wypłacie dywidendy, tylko jeszcze mocniej pracuje.

DC: Najbardziej jesteśmy dumni z faktu, że pozostaliśmy firmą rodzinną, niezależną, choć próbowano nas namówić na wejście na giełdę. Nie zdecydowaliśmy się. Może to i była jakaś szansa na szybszy rozwój, ale kosztem utraty niezależności, a my przecież budowaliśmy firmę z myślą, aby zostawić ją dzieciom. Dziś jesteśmy spokojni, bo firma zostanie w rodzinie. Sukcesja dokonała się w sposób naturalny, a firma pod wodzą Patrycji nabrała świeżości i świetnie się rozwija na tym dynamicznie zmieniającym się rynku. Wierzyliśmy w to, że Patrycja jest w stanie tchnąć w firmę nową jakość i tak się właśnie stało.

Słowem, w rodzinie siła!