X
popup-image

Dziewczyny Patrizii Aryton

Dziewczyny Patrizii Aryton – każda z nich ma za sobą czas braku akceptacji siebie i mniej lub bardziej udane próby zmiany tamtej sytuacji. Szczęśliwie dojrzałość i kolejne doświadczenia przynoszą najpierw dystans, a potem również akceptację. Taką prawdziwą, wynikającą nie z niemocy, ale z rzeczywistych wartości, którymi się kierują. Poznajcie ich zmagania z samymi sobą i sprawdźcie, w jakim momencie są dzisiaj.

Sylwia

Było bardzo dużo rzeczy, których nie lubiłam w sobie. Można by z tego zrobić ogromną litanię, ale nie będę tego wyliczać, aby nie nadawać temu znaczenia - to było wczoraj i już nie istnieje.
Skupię się natomiast na tym co pokochałam i za co jestem wdzięczna. Pokochałam samą siebie w całości. Kocham moje piegi, które próbowałam usunąć w dzieciństwie miksturą z ogórków, kocham mój brzuszek, który wciskałam w bieliznę wyszczuplającą. Kocham moje czarne włosy, które chciałam rozjaśnić, kocham moją białą skórę, którą farbowałam maziami brązującymi. Kocham moje nóżki, które chciałam pogrubić przysiadami i rowerkami, kocham moje piegi na ciele, które chciałam usunąć. Kocham moje usta, które chciałam powiększyć, kocham moje paznokcie, z którymi kiedyś co dwa tygodnie biegałam do kosmetyczki i kocham moją cerę, którą tapetowałam całe życie. Już tego nie robię. Akceptacja moich cech charakteru oraz akceptacja i zrozumienie, że każdy jest wyjątkowy dodała mi większej pewności siebie, radości i uprzejmości do innych. Zauważyłam, że jest tak dużo piękna w naturalności. Pokochałam siebie taką jaką jestem. Jestem WDZIĘCZNA za ten dar życia i wszystkich kochanych, wspaniałych ludzi, których spotykam każdego dnia.

Magda

Zawsze traktowałam siebie w sposób dosyć naturalny, ale pamiętam, że bycie bardzo szczupłą i wysoką nastolatką w latach 90. wcale nie było łatwe. Zachodnia prasa i telewizja wcale w tym nie pomagały. Trudno było zdobyć modne rzeczy, które nie były dla mnie za krótkie lub za szerokie. Najoględniej mówiąc to nie był czas, kiedy całorocznie odsłaniało się kostki ;)
Dzisiaj niezwykle doceniam swobodny dostęp do wszystkiego oraz elastyczną modę. Nie jestem już nastolatką o niestandardowych proporcjach i wiem, że temat garderoby nie jest już dla mnie żadną trudnością.

Alicja

Od kiedy pamiętam, to zawsze czegoś w sobie nie lubiłam, i zawsze było to związane z moim wyglądem.
W latach 80-90. nie było tak łatwego dostępu do operacji plastycznych i to uchroniło mnie przed ingerencją chirurgiczną, bo większość cech urody w mojej ocenie kwalifikowała się do zmian. Dlatego skupiłam się na metamorfozach włosów, dając sobie pole do testowania własnych granic. Liceum plastyczne było oazą tolerancji i pozwoliło mi na odkrycie siebie w różnych stylizacjach. Dzięki tym próbom wiem, że nigdy nie będę już brunetką z mocną trwałą w stylu Bony-M. Tę amatorską trwałą ondulację próbowałam ujarzmić półlitrowymi opakowaniami żeli do włosów, dociskając je okularami, aby nie odstawały od głowy na wysokość 20 cm. Co przy wzroście 180 cm, podwyższało kompleks wysokiego wzrostu do 2 m, wywołując ataki histerii przed wyjściem do szkoły. Z czasem zaakceptowałam swój wysoki wzrost, który trochę kamufluje rozmiar ubrania, a trochę pozwala czuć się bezpiecznie w tłumie. Zaakceptowałam i nawet polubiłam swoje nieusystematyzowanie, które nazywam wewnętrzną anarchią, może to wpływ punk rocka, a może po prostu artystyczny nieład. Dzięki temu wewnętrznemu buntowi próbowałam różnych dziedzin wyrażania siebie, aby ostatecznie zająć się modą. Zainspirowała mnie moja cudowna babcia, która była krawcową i jej szuflady z pięknymi guzikami i strych pełen magazynów mody.

Daria

Bardzo jasna skóra i brak tendencji do opalania sprawiają, że zdarza mi się słyszeć pytanie: a ty czemu jesteś taka blada?! Dzisiaj odpowiadam z uśmiechem, że równie dobrze można zapytać mnie, dlaczego mam takie niebieskie oczy, ale kiedyś ta cecha mojego wyglądu sprawiała, że wstydziłam się pójść latem na plażę. Albo z kolei popadałam w drugą skrajność – próbowałam opalić się jak najszybciej, przebywając na słońcu zbyt długo i w dodatku bez wystarczającej ochrony. Kończyło się to oczywiście poparzeniami, przez co bliżej mi było do grejpfruta niż latynoskiej gwiazdy popularnego serialu lat 90. ;)   Na szczęście w porę zrozumiałam, że piękna jest przede wszystkim zdrowa i zadbana cera, niezależnie od karnacji. Bardziej niż bronzerami i samoopalaczami zainteresowałam się więc odpowiednią pielęgnacją. I chociaż nadal lubię się wygrzewać, bezpośredniego słońca staram się unikać.  Dodatkowo nauczyłam się odkrywać odcienie, które dobrze komponują się z moją karnacją.  I chociaż jako grafik kocham kolory, to część z nich podziwiam jedynie na czyjejś muśniętej słońcem skórze, pamiętając o tym, że nie wszystko jest dla wszystkich. 

Justyna

Tak naprawdę, gdybym miała wymienić, co w sobie lubię względnie od zawsze, to kończy się z grubsza rzecz biorąc na przedramionach. Poza tym chciałabym być wyższa, mieć długie nogi i falujące włosy. Tyle że… kiedy sobie taką siebie wyobrażę, to okazuje się, że taka aparycja kompletnie nie pasuje do mojej osobowości. Ale wiem to teraz, po wielu latach, w trakcie których przeszłam przez wiele eksperymentów (przedłużanie włosów) i aktów poświęcenia (długie lata chodzenia na wysokich obcasach).
Z czasem na szczęście pogodziłam się z tym, że wyższa nie będę, i nauczyłam tak dobierać fasony, aby dodatkowo nie skracały sylwetki. Przy okazji większych „szpilkowych” wyjść zastanawiam się, jak kiedyś dawałam radę przetrwać tak prze kilkanaście godzin dziennie i błogosławię tendencje do noszenia sportowych butów prawie do wszystkiego.
Zaakceptowałam i polubiłam rysy z kategorii baby face, zwłaszcza że, jak widzę, z wiekiem mniej podkreślają zmarszczki, niż mocne rysy, które kiedyś były moim marzeniem ;)
Włosy ścinam dużo mocniej i wybieram dekolty V, które wyostrzają nieco rysy twarzy i budują proporcje. Zamiast na siłę się zmieniać, zostałam po prostu sobą.